logo maciej bukowski

“Śmiali się ze mnie, kiedy rzucałem etat, ale gdy napisałem powieść…”

 

Niektórzy śmiali się ze mnie, kiedy rzucałem etat, ale gdy napisałem powieść, usłyszałem wiele słów uznania. Serdecznie dziękuję tym spośród Was, którzy mnie wspierali oraz moim Czytelnikom. Dzięki Wam chce się pisać! Poniżej prezentuję dwie recenzje, które napisali moi Czytelnicy. Pierwszą nadesłał mi na maila pewien ksiądz, a druga pojawiła się w sieci i wyszła spod pióra wrocławskiej blogerki.

 

 

Czy Cezary Parys rozsławi Chełmżę?

Recenzja Czytelnika

 

“Trudno jest dokonać jednoznacznej oceny zbioru powieściowego Pana Macieja Bukowskiego. Powód jest jeden i oczywisty: na razie na rynku ukazał się jedynie tom pierwszy powieści, której akcja rozgrywa się w Chełmży – przepięknym mieście, bardzo malowniczym.

Pierwszy tom “Chełmżyńska krew” to ciekawa próba zmierzenia się z trudnym problemem imigracji. W tym celu Autor posługuje tzw. political fiction, czyli swoistą alternatywną wizją świata.

Powieść czyta się dobrze, akcja jest wartka i żywa. Widać ciekawie zarysowane pod względem psychologicznym,  główne postacie.

Największym jednak atutem tego dzieła jest niewątpliwie wielki lokalny patriotyzm.

Ojciec Mateusz rozsławił Sandomierz, z Aleksandrem Głowackim można było przemierzać ulice Warszawy a tutaj mamy postać młodego człowieka – Cezarego Parysa ps. Polisa, który jest najlepszą reklamą Chełmży.

Na miejscu włodarzy miasta bardzo poważnie zainteresowałbym się aspektem wylansowania miasta. Z tekstu bije autentyczna duma i wielka miłość do tego miasta.

W czasach, gdy wędrowanie stanowi jakby drugą naturę człowieka, można spodziewać się, iż ta powieść będzie wielką promocją miasta i przyczyni się do wzrostu zainteresowania nim.

Na koniec, można tylko życzyć młodemu pisarzowi: Szczęść Boże!

Niech kolejny tom powieści ukaże się jak najszybciej, aby mógł zaspokoić ciekawość czytelników, którzy chcieliby poznać dalsze losy Polisy i jego dzielnych przyjaciół”

Ks. Ryszard – czytelnik

 

 

 “Pierwszą połowę książki czytałam z ciekawością, a od drugiej części już nie mogłam się oderwać”

Recenzja Czytelniczki

 

Drugą recenzję znajdziecie tutaj:

http://www.makulka.pl/2018/09/chemzynska-krew.html

PS. Obecnie trwa promocja. Kupując dwie książki – wysyłka gratis!

PSS. Może darmowy fragment? KLIKNIJ TUUU:)

Powieść “Chełmżyńska krew” – darmowy fragment

 

2

Czarny sportowy sedan, mający więcej koni niż użytkownik starożytnych rydwanów mógłby sobie wymarzyć, wjechał w jednokierunkową pod prąd i zaparkował na zakazie tuż przy areszcie śledczym w Toruniu. W aucie siedziało trzech chłopców z Chełmży, którzy w skupieniu przyglądali się bramie budynku. Górowała nad nią wieża strażnicza. Areszt, zwany okrąglakiem, okolony był wysokim murem zwieńczonym drutem kolczastym.

Szkolny autobus minął samochód chełmżan i zatrzymał się kawałek dalej, przy Planetarium. Z pojazdu wylał się głośny tłum dzieciaków, które ruszyły na siku, a potem na kosmiczne seanse tak entuzjastycznie jak nigdy dotąd w historii swojej edukacji.

W międzyczasie do auta przykleił się strażnik miejski. Starszy brzuchaty mężczyzna zza tylnego zderzaka spisywał dane z tablicy rejestracyjnej. Przez zaciemnione szyby funkcjonariusz nie zauważył, że pasażerowie są na miejscu. Za kierownicą siedział Atlas, dwudziestoczterolatek atletycznie zbudowany i łysy, ubrany w markowe krótkie spodenki i bluzkę w kolorze khaki. Wychylił głowę z wozu i krzyknął w stronę stróża prawa:

– Te, strażnik Teksasu!!! Weź se ten kwitek wsadź… – I zarzucił funkcjonariusza tak soczystą łaciną, że urzędnikowi oczy wyskoczyły z orbit. – Zwijaj się, dziadku – dopowiedział, gdy spostrzegł, że starszy pan nadal tam stoi – bo stracę cierpliwość i nie będę już taki kulturalny!

Strażnik dostrzegł w jego oczach szczerą nieustępliwość. Zbladł i odszedł. Po co narażać zdrowie za tak marne pieniądze, w dodatku tuż przed emeryturą. Łatwiej było wlepiać mandaty Januszom i Iwonkom, którzy porzucają auta w różnych dziwnych miejscach (na trawnikach i przy śmietnikach), oraz starym kwiaciarkom, ograbiającym skarb państwa na grube miliony w handlu na lewo bukiecikami tulipanów.

Wrota aresztu – nie furtka, tylko duża brama – otwarły się i wyjechała więźniarka. Zaraz za nią wyszedł okapturzony człowiek, za którym z hukiem zatrzasnął się właz. Szedł pochylony, powłócząc nogą i trzymając ręce w kieszeniach spodni, złamany wpół jak trzcina na wietrze. Chełmżanie przycisnęli nosy do przedniej szyby i zaniemówili. Nie takiego widoku się spodziewali.

– O cholera! To Polisa! – krzyknął Atlas. – Poznaję jego bluzę Bullsów…

Wszyscy trzej przytaknęli głowami i zamarli w bezruchu.

Na fotelu pasażera, obok Atlasa, siedział Dzikus, czyli Andrzej Wybranowski, szczupły i niski dwudziestotrzylatek. Miał na sobie krótkie spodenki i bluzkę w biało-czerwonych barwach, z wielką literą „P” z kotwicą. Na tylnej kanapie wiercił się rok starszy blondyn, Patryk Walicki, zwany Mentosem. Nosił koszulę w kratę, przewiewne spodnie garniturowe i marynarkę w takim samym stylu. Z kieszonki na piersi wystawał róg chusteczki. Gdy Atlas i Dzikus spoglądali na cień człowieka, który podążał w ich stronę, Mentos zerkał w środkowe lusterko kierowcy, jednocześnie zaczesując grzebieniem grzywkę.

Zakapturzony ludzki wrak zbliżył się do szyby kierowcy. Można było policzyć zmarszczki na jego twarzy.

– Chłopoki, mota fojki? – zapytał.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. To nie był Polisa.

– Polisa zara przyleci – ciągnął człowiek-widmo po tym, jak otrzymał papierosy. I zwrócił się do Dzikusa: – Bo wy czekota na nigo, ni?

Dzikus przytaknął. Rozpoznał w nieznajomym innego chełmżyńskiego asa, Klepsydrę. Myślał, że chłopak już wącha kwiatki od spodu, przynajmniej taka fama poszła na mieście. Najwyraźniej był z tych, których zabijesz, a oni i tak uciekną, pomyślał Dzikus.

Chłopcy ponownie zawiesili wzrok na klamce więziennej furty. Trwali w niemym oczekiwaniu. Mentos wyciągnął rękę w stronę radia i wcisnął czarny guzik. W aucie zakrólował nieśmiertelny Elvis, a chłopak bujał się w rytm muzyki. Nagle rozległo się pukanie w boczną szybę wozu. Rzucili wzrokiem na prawo, a tam…

– Polisa! – krzyknął Dzikus i wyskoczył z auta.

Czarek Parys był szczupłym, wysokim brunetem o sportowej sylwetce. Licznik jego życia wskazywał dwudziesty piąty rok. Teraz stał przy aucie w niemodnym dresie, z reklamówką w biedronki w ręce. Koledzy wykonali wokół niego taniec hulaniec, śpiewając: „Tak się bawią, tak się bawią, chełm-ża-nie!”.

Dzikus ucałował kumpla trzykrotnie w policzki. Zrobiło mu się mokro pod oczami, co nie zdarzało się często. Ostatni raz płakał, gdy Legia Chełmża zanotowała spadek do okręgowej ligi. Mentos i Atlas podali Polisie dłonie i przyciągnęli go do siebie, ale bez całowania. Nie było też przybijania piątek na szczęście.

– Tera idziem na miasto coś wciungnąć – powiedział Dzikus – a potem w stolicy urządzimy ci grilla. Będą laseczki i paróweczki… – Uśmiechnął się do Polisy.

– Cieszę się, że was widzę, chłopaki – powiedział Czarek Parys – ale wolę już wracać do Chełmży… Kupiłem banany, więc z głodu nie padnę… A z dziewczynami i grillem… może dajmy sobie dziś spokój…

Dzikus spojrzał w jego stronę jak pchła na łysego psa.

– Te, Polisa! Jaja se robisz?

– Nie. Mówię całkiem serio. Chcesz banana? – Chłopak wyciągnął z reklamówki dwa podłużne owoce.

Dzikus przyglądał mu się uważnie, do końca nie rozumiejąc, co się dzieje. Po chwili zreflektował się. Z Polisy zawsze był niezły dowcipas, więc pewnie i tym razem żartuje. Klepnął go więc w ramię i zaśmiał się.

– Polisa, nie żartuj – powiedział Mentos – nie po to do ciebie tutaj grzaliśmy, żebyś teraz wystawił nas do wiatru.

– Nie chcę wcinać fast foodów – powiedział Czarek, zabierając się za banana.

– Ale my nie chcemy iść na kebaby czy na frytki do maka – powiedział Mentos – tylko do porządnej restauracji. Coś pożywnego tam znajdziesz…

– OK – odrzekł chłopak, wyrzucając skórkę do śmietnika.

Dzikus poprosił jeszcze Atlasa o otwarcie bagażnika, w którym oprócz tradycyjnego osprzętu – gaśnicy, lewarka i trójkąta – znajdowały się cztery kije bejsbolowe, dwa duże wieńce pogrzebowe z trójkolorową wstążką oraz zwinięty zielony szalik z dużą czarną literą „L”. Dzikus przewiesił sobie szarfę przez szyję i ruszył z podniesioną głową w stronę miasta.

– Na pewno wiesz, co robisz? – krzyknął za nim przerażony Mentos. – Przecież taka manifestacja to jak włożenie gołej ręki do gniazda szerszeni… Chcesz ściągnąć na nas Elanę?

Dzikus machnął ręką, puścił mu oczko i powiedział:

– Nie będzie jakiś Toruniak pluł w twarz chełmżyńskim panom!

Mentos ukrył twarz w dłoniach. Całe życie z wariatami!

Ruszyli na miasto. Mimo gorącego czerwcowego dnia powiewał lekki wiatr. Słychać było śpiew ptaków. Gdy przechodzili obok gotyckiego Kościoła Mariackiego, dzwony zabiły na Anioł Pański i rozległ się hejnał z wieży ratusza. Polisa przystanął i przeżegnał się.

– Chciałbym tam na chwilę przykucnąć… – powiedział Czarek i wskazał ręką budynek. – W tym kościele przed wojną wikarym był chełmżyniok z krwi i kości, błogosławiony ksiądz Frelichowski, który oddał życie w niemieckim obozie. Do końca służył chorym na tyfus…

Chełmżanie spojrzeli po sobie z niedowierzaniem.

– Mam do tego gmachu szczególny sentyment – mówił – bo codziennie na niego patrzyłem z okna celi. Zastanawiałem się, czy jest tam tak pięknie jak w naszej katedrze. Teraz mogę się przekonać na własne oczy. Idziecie? – Rzucił im pytające spojrzenie.

– Oczywiście, wejdziemy – powiedział Mentos i puścił oczko do chłopaków, tak aby Polisa tego nie widział.

Chwilę później wszyscy znaleźli się w świątyni. Po kościele kręciła się grupka gimnazjalistów z przewodnikiem. Czarek modlił się w ławce. Obok niego siedzieli Atlas i Dzikus, ale ich myśli krążyły wokół bardziej przyziemnych wątków niż Sąd Ostateczny i Życie Wieczne.

Mentos przechadzał się po gmachu. Podziwiał dzieła sztuki i przeliczał ich wartość na złotówki. Zerknął ukradkiem na kamerki i system alarmowy, które wydawały się nie do ominięcia, tym bardziej biorąc pod uwagę położenie kościoła w samym centrum miasta, gdzie każda ulica jest monitorowana – i to z niejednej kamery. Zrobiło mu się smutno; zrezygnowany pokręcił głową. W głośnikach zabrzmiał głos kościelnego, który poinformował zebranych o wieczornej mszy świętej. Mentosa nagle olśniło i wrócił mu dobry humor. Zauważył w nawie bocznej cztery siostry zakonne i wpadł na pewien pomysł. Mógłby pójść do zakrystii i obezwładnić kościelnego. Potem przywołać przez głośniki te siostrzyczki, też obezwładnić, ale kulturalnie, bez bicia po twarzy, i w ich przebraniu uciec z chłopakami z jakimś Rembrandtem pod pazuchą czy kilkoma innymi cennymi przedmiotami. W końcu ich wóz nie był daleko… Potem spojrzał na rozmodlonego Czarka. Doszedł do wniosku, że hollywoodzki scenariusz dziś nie przejdzie. Zrezygnowany, machnął ręką.

Następnie chłopcy przedostali się ulicą Najświętszej Maryi Panny na Rynek Staromiejski. W samym centrum znajdował się Ratusz z wieżyczką zegarową. Między nim a kościołem jezuitów stał pomnik Flisaka grającego na skrzypcach, otoczonego przez wianuszek złotych żab, z których tryskała woda. Wokół niego dzieciaki karmiły popcornem gołębie przemykające pomiędzy nogami rozpędzonych turystów i zagonionych torunian. Dało się słyszeć szwargolenie – liczne grupki z Zachodu przelatywały przez Rynek, robiąc zdjęcia i rozglądając się wokół. W tle prężył się Dwór Artusa, z wieżyczkami i ogromnymi okiennicami, u podstawy których znajdowały się balkony. Jeszcze dalej stał pomnik Kopernika.

Polisa poszedł kilkanaście metrów do przodu i wyjął z reklamówki nadgryzioną bułkę, którą zaczął karmić gołębie. Po chwili rozległ się głośny trzepot skrzydeł i z kamienic zleciało się sporych rozmiarów stadko, które obsiadło bruk wokół Czarka.

Dzikus kręcił z niedowierzaniem głową. Zastanawiał się, gdzie się podział ten Polisa, którego znał przed sześciu laty. Gdzie jest ten żelazny twardziel, z którym spotkanie w ringu czy na ulicy mogło zakończyć się wycieczką na oddział chirurgii szczękowej w Toruniu? Gdzie jest gościu, z którym chodził na dziewczyny i z którym popijał Chełmżynioki? Chociaż Mentos go zapewniał, że Czarek nie robił w pace za cwela, to może jednak się myli i ciotki dopadły go pod prysznicem? Bo jak inaczej to wyjaśnić, że najpierw banany, potem kościół, a teraz gołąbki… Tak nisko upadł, że nie tylko grillem gardzi, ale także laskami z pierwszej ligi. Albo głupiec, albo ciota…

Dzikus potrząsnął głową jak kot chory na wściekliznę po wypiciu wody. Mentos położył mu rękę na ramieniu.

– Nie przejmuj się, z niego jeszcze będą ludzie – powiedział. – Nie wiadomo, co byłoby z nami, gdybyśmy odsiedzieli tyle lat w ciasnej celi, bez panienek, za to ze spoconymi facetami i nadgorliwymi klawiszami, którzy nawet palec ci w tyłek wsadzą, byle sprawdzić, czy nie przemycasz prochów… Zobaczysz, że pobędzie wśród normalnych ludzi, zasmakuje szminki i wróci do życia.

– Oby… – wymamrotał Dzikus.

– Te, Mentos – rzucił Atlas – a może trzeba nasłać na niego jakichś fagasów, żeby mu wpieprzyli, to może Polisa sobie przypomni, że kiedyś był mistrzem ringu, a nie treserem gołębi?

Mentos pokręcił głową, a potem rzucił spojrzenie w kierunku Czarka, który właśnie się odwrócił, zadowolony od ucha do ucha, i zaczął ich pozdrawiać, machając prawą ręką. Z lewej jadły mu gołębie. Patryk odwzajemnił pozdrowienie i wymownie spojrzał na kolegów.

Po nakarmieniu gołąbków, kupieniu pierników i zrobieniu Czarkowi zdjęcia pod pomnikiem Mikołaja Kopernika poszli do restauracji Fantom, gdzie serwowano naleśniki. Po drodze Mentos zaniepokoił się grupką młodych mężczyzn ubranych w dresy, którzy mierzyli ich groźnymi spojrzeniami. Wskazał watahę Atlasowi, który przytaknął ruchem głowy. Zbliżają się kłopoty. Nie udało się przekonać Dzikusa, żeby ten ściągnął szalik…

 

3

Zanim wkroczyli do Fantoma Mentos przejrzał się w szklanych drzwiach niczym w lustrze, poprawił grzebieniem grzywkę i otworzył kompanom wejście na oścież. Wewnątrz gnieździły się tłumy młodych ludzi. Stoliki stały jeden przy drugim, oddzielone wysokimi oparciami. Na ich ściankach wymalowano sceny z „Upiora w operze”.

Kubki smakowe chełmżan zawyły z radości za sprawą zapachu parujących dań, które czuć było jeszcze przed wejściem do restauracji.

– Hej dziewczyny, w górę kiece, przyjechali z Chełmży szpece! – wykrzyknął Dzikus na cały lokal.

Wszystkie spojrzenia zatrzymały się na jego twarzy. Każdy ma w życiu swoje pięć minut, a Dzikus miał je właśnie w tym momencie. Posłał szeroki uśmiech i garść całusów wszystkim kobietom. Kelnerki rozdziawiły szeroko usta, spodziewając się najgorszego. Mentos pochylił się nad kolegą.

– Zwariowałeś!? – zapytał. – Tak to możesz zarywać kozy na łące pod Chełmżą, a nie takie panny. Ucz się od mistrza podrywu…

Zaczesał ręką grzywkę, podniósł kołnierz koszuli i ruszył w kierunku baru. Wszyscy trzej uważnie go obserwowali, kiedy podszedł jak gdyby nigdy nic do kelnerek, odwrócił się na chwilę w stronę chełmżan, wskazując na nich kciukiem, a potem coś opowiadał dziewczynom. Po chwili wszystkie wybuchły gromkim śmiechem. Tłum gapiów przestał nerwowo spoglądać w stronę nowych gości, wracając do swoich talerzy. W lokalu ponownie rozległ się lekki szmer rozmów.

Po kilku minutach Mentos wrócił do kolegów.

– Dzikus, nie dziękuj, że ci uratowałem dupę – powiedział. – Sprawa jest taka, że mam duże szanse na wyrwanie tej ładnej brunetki. Nie patrzcie w jej stronę… Gramy jak zawsze. Ja jestem prezesem, a wy moimi gorylami. Wiecie, co macie mówić…

Wszyscy, oprócz Czarka, przytaknęli głowami.

– Oczywiście, panie prezesie – odrzekł Atlas.

– Dzikus, ty się za dużo nie odzywaj – ciągnął Mentos – to może też coś ci skapnie… Teraz idziemy do przodu. Mamy miejsce przy barze… – Wskazał palcem stolik na samym końcu lokalu, z którego właśnie zbierali się studenci. Kelnerka podeszła go uprzątnąć.

Gdy zasiedlili, Dzikus powiedział:

– Te, Menti, jak to zrobiłeś, że te laski jadły ci z ręki?

– No jak to jak? Opowiedziałem im o tobie…

– O mnie?! A co gadołeś? Którą historię z mojego burzliwego życia? Jak wybiłem gołu ręką szybę w furze frajera, który myśloł, że jak się zamknął w wozie, to mu nic nie grozi? Czy jak leciałem z bejsbolem na komendę przetrzepać psom tyłki?

– Nic z tych rzeczy – odrzekł Mentos. – Opowiedziałem im, że lubisz być w centrum uwagi, bo miałeś trudne dzieciństwo… Powiedziałem, że gdy byłeś małym chłopcem, rodzice przywiązywali ci do szyi wiejskie kiełbasy, by przynajmniej psy chciały się z tobą bawić.

Wszyscy wybuchli śmiechem, tylko Dzikus zacisnął pięści pod stołem, zapowietrzając się do riposty. Nie zdążył nic wystrzelić, bo właśnie kelnerka, ta piękna brunetka, która wpadła Mentosowi w oko, przyniosła kartę dań i zapytała, czy chcą coś do picia. Dwa razy piwo i dwa razy zimna cola. Koniecznie z lodem. Chwilę później złożyli zamówienie na naleśniki. Atlas przy kelnerce zwracał się do Mentosa „panie prezesie”.

– Jak było w pierdlu? –zapytał Mentos Czarka i wymownie spojrzał na resztę kumpli.

Polisa pociągnął colę ze słomki. Rozległo się siorpnięcie.

– Było OK – odrzekł w końcu. – Dużo czytałem klasyków… Shakespeare, „być albo nie być, oto jest pytanie”… i tym podobne. Graliśmy też w szachy. Mam nawet w reklamówce puchar mistrza jesieni. Jeśli chcecie, mogę wam pokazać…

Pokręcili głowami.

– To było sześć lat nudy i monotonii – ciągnął Czarek. – Nie mówmy o tym. Mnie bardziej interesuje, jak się ma moja mała Marilyn Monroe?

Chełmżanie popatrzyli po sobie; na ich twarzach pojawiło się zdziwienie.

– Jeszcze o nij pamiętosz? – Dzikus zdziwił się.

– Tak, czasem o niej myślałem… A co, coś jest nie tak?

Ponownie spojrzeli po sobie.

– Jest git – odrzekł Mentos – nie ma powodu do zmartwień, ale się trochę zmieniła… Jest taka, taka… Sam zresztą zobaczysz…

– Polisa, jesteśma z ciebie dumni! – wtrącił Dzikus.

– Przez sześć lat siedziałeś w pierdlu i nie wkopałeś nikogo… – ciągnął Mentos. – Godne podziwu, tym bardziej w naszych czasach. Ludzie przyparci do muru to nawet matkę sprzedadzą, a co tu dopiero mówić o kumplach…

Dzikus klepnął Polisę w ramię i posłał mu szeroki uśmiech.

– Nic wielkiego nie zrobiłem – stwierdził Czarek i rozłożył ręce.

W oczach Atlasa pojawił się szczery podziw.

– Mam coś dla ciebie – powiedział Mentos i wyjął z kieszeni marynarki dwie białe koperty, które położył przed Polisą. Pierwsza była wypchana po brzegi, a druga wybrzuszona z dwóch stron, jakby znajdowała się w niej kula o średnicy pięciu centymetrów.

Parys przyglądał się im przez chwilę.

– Co to jest? – zapytał w końcu.

– Białe koperty – odrzekł Mentos.

– Acha… Bo myślałem, że dwa czarne słonie.

– Widzisz, Czarek, jak pozory mylą… – odparł kolega. – Otwórz, a się przekonasz.

– No łotwórz! – zachęcał Dzikus.

Parys otworzył pierwszą, z której wyjął gruby plik banknotów z Zygmuntem I Starym. Przeliczył je natychmiast. Było w niej trzydzieści tysięcy złotych. Spojrzał zdziwionym wzrokiem w stronę Mentosa, który odrzekł:

– To podziękowanie od chłopaków za trzymanie języka za zębami…

Czarek przekręcił głowę w lewo i prawo, a następnie wsadził pieniądze z powrotem do koperty i odepchnął je w stronę Mentosa. Ten odsunął je ponownie.

Parys rozerwał drugą kopertę. Z jej wnętrza wypadła brązowa bila z siódemką na białym tle, która ciężko upadła na stół, a potem przeturlała się przez blat stołu i z tępym trzaskiem zleciała na podłogę. Dzikus schylił się pod stolik, wyciągnął kulę i podał ją Czarkowi. Na twarzy Polisy zamajaczył grymas niezadowolenia.

– Od Don Papy? – zapytał.

– Tak, z pozdrowieniami od Don Papy – odrzekł Mentos.

– Rada Siedmiu?

Mentos przytaknął głową.

– Jasna cholera – rzucił Parys i pogrążył się w myślach.

Wcześniej wiele słyszał o spotkaniach Rady Siedmiu. Podobno w czasie obrad ustalano, co dobrego można zrobić dla miasta, jak wpłynąć na ratusz, aby ten zadziałał w sprawie remontu osiedlowego chodnika albo jak zdobyć środki na dofinansowanie kulawego chełmżyńskiego sportu. Jednak ludzie na mieście mówili, że waży się wówczas wartość ludzkiego życia – decyduje się, kto dla dobra wspólnoty powinien zejść z tego świata. Do dzisiaj Czarek myślał, że Rada Siedmiu istnieje jedynie w wyobraźni mieszkańców. Teraz jednak zwątpił. Zasmucony, zastanawiał się, czy Don Papa nie szuka sobie cyngla do brudnej roboty.

Ku uciesze Dzikusa z głośników szedł Shakin’ Stevens – nogi chłopaka samowolnie podrygiwały pod stołem.

– Uwielbiom Shaky’ego – powiedział Dzikus. – Bierzmy laski i na parkiet…

Czarek spojrzał w jego stronę i pokręcił głową. Przeprosił kolegów i wyszedł do toalety.

Dzikus wstał od stolika, ale Mentos go zatrzymał, opierając dłoń o ramię kumpla.

– Trzeba to zrobić z klasą – powiedział – bez żadnych „w górę kiece”. – Spojrzał na Atlasa i dodał: – Pójdź do kierownika lokalu i powiedz, że prezes pyta, czy można na jeden kawałek porwać kelnerki do tańca. Sądzę, że dziewczyny chętnie się wyrwą na chwilkę…

Atlas podszedł do baru, zaczekał chwilę na kierownika, a gdy ten się zjawił, powtórzył mu słowa Mentosa. Mężczyzna pokręcił głową… Chłopak spojrzał w stronę stolika i rozłożył bezradnie ręce. Dzikus zerwał się na równe nogi.

– Tera zrobim po mojemu – powiedział i podleciał do kelnerki, która wracała z przeładowaną tacą do baru. Opróżnił jej ręce, odstawiając naczynia za blat, i wziął dziewczynę w obroty. Próbowała się bronić – wyrwała się z objęć i ruszyła w stronę baru – ale Dzikus nie odpuścił. Podleciał do niej i chwycił jej dłoń. Następnie zakręcił ją wokół jej osi, tak że dziewczyna, chcąc nie chcąc, wywijała piruety na parkiecie.

Mentos złapał się za głowę – to była ta sama kelnerka, która wpadła mu w oko i nad którą pracował od samego przyjścia do restauracji. Dzikus posłał mu mściwy uśmiech.

Atlas stał nadal przy barze i klaskał w rytm, dopingując kolegę do kolejnych wywijasów.

– Moły, bo moły, ale woriot – krzyknął Dzikus w stronę Mentosa, obracając kelnerkę w wąskim przejściu między stolikami.

Nagle drzwi lokalu otwarły się z impetem i do środka wleciało kilkunastu dobrze zbudowanych mężczyzn z naciągniętymi na twarze żółto-niebieskimi kominiarkami.

– Tam są – krzyknął jeden z nich, wskazując stolik chełmżan. Ruszył do natarcia.

Ludzie pochowali się pod stołami albo przykleili się do ścian, byle nie oberwać. Dzikus wziął dziewczynę pod rękę i szybkim krokiem odprowadził ją w bezpieczne miejsce. Po chwili cała trójka stanęła pod barem, w taki sposób, aby nikt nie mógł zajść ich od tyłu. Do nich prowadziły dwa wąskie przejścia między stolikami, którymi pojedynczo ruszyli napastnicy. Dwóch z nich wbiegło do toalety, czym bardzo zmartwił się Dzikus – w pamięci miał dzisiejsze wyczyny Czarka z gołębiami.

Na pierwszy ogień poszedł Dzikus, który tym razem zatańczył po boksersku. Przybrał pozę pięściarską, z prawą nogą i ręką wysuniętą do przodu. Dwumetrowy mężczyzna ruszył na niego z całym impetem, wymachując rękoma, z wysuniętą głową i okrzykiem na ustach. Chełmżanin odchylił się przed jego prawym ciosem bitym z góry, a następnie wyprowadził szybki lewy prosty, tak że szczęka napastnika gruchnęła i ponad sto kilo rozłożyło się bezwładnie na posadce.

– Był chłop, ni ma chłopa – skwitował Dzikus i spojrzał w kierunku pozostałych napastników. Wskazał ręką na zegarek, dając im do zrozumienia, że nie ma zamiaru siedzieć tu do wieczora.

Tamci ruszyli z jeszcze większą furią.

Drugie przejście blokował Atlas, który, podobnie jak Mentos, był praworęczny i walczył w pozycji odwrotnej do pięściarskiej Dzikusa. Grzmocił na oślep, byle mocniej i więcej. Jeśli trafił, przeciwnik padał, a gdy nie trafiał, walił tak długo i mocno, że w końcu i tak jego ciosy doszły celu, przedzierając się przez gardę – a nie było gardy, która by to wszystko wytrzymała.

Tymczasem wściekli jak osy torunianie wskoczyli na stoliki i zaczęli przedzierać się przez oparcia siedzeń. Gdy znaleźli się na wysokości Dzikusa, który kłuł swym prawym prostym następnego napastnika, dwóch z nich zeskoczyło na niego z góry. Przygnietli chłopaka do podłogi, a ten szamotał się i wił, sycząc, że i tak ich pozabija. Zerwali mu z szyi szal, w którym cały czas walczył. Rozległ się ryk zwycięstwa.

Mentos zrzucił z siebie marynarkę i podał ją przerażonej kelnerce, szepcząc jej do ucha, że zaraz wraca. Ruszył w stronę kłębowiska, pod którym spoczywał – niczym ziemniak w kopcu – Dzikus. Pierwszy napastnik trzymał gardę bardzo wysoko, tak że ciosy Mentosa głaskały go tylko po pięściach. Chełmżanin bił go lewymi prostymi w brzuch, tak że tamten zaczął opuszczać gardę coraz niżej. Gdy tylko Mentos spostrzegł błysk odsłoniętej szczęki, huknął z całej siły prawym sierpem bitym z góry. Nogi ugięły się pod torunianinem, jakby były z waty, ale nim jego ciało dotknęło podłogi, złapał jeszcze lewego i prawego prostego – tak na wszelki wypadek, aby nie przyszło mu do głowy powstać.

Don Papa byłby dumny z tego cholernego technika, pomyślał Dzikus, spoglądając na Mentosa, po czym zbladł zupełnie, osłabiony niedawnym duszeniem. Teraz spoglądał na świat z prawym policzkiem dociśniętym do podłogi. Widział wszystko w poziomie, nadal zachwycając się techniką walki kumpla. Nagle jego wzrok przykuły drzwi toalety. Zauważył w nich Parysa. Potrząsał dziwacznie nogami, do których przyklejeni byli zamroczeni torunianie. Czarek szedł ciężko, jakby ciągnął za sobą masywne ołowiane kule, a tamci nadal, półświadomi, trzymali się jego nóg. Dzikus uśmiechnął się od ucha do ucha na myśl, że powrócił stary dobry Polisa.

Chwilę później stracił przytomność…

PS. Jeśli chcesz kupić książkę, TO KLIKNIJ TU.