logo maciej bukowski

2

Czarny sportowy sedan, mający więcej koni niż użytkownik starożytnych rydwanów mógłby sobie wymarzyć, wjechał w jednokierunkową pod prąd i zaparkował na zakazie tuż przy areszcie śledczym w Toruniu. W aucie siedziało trzech chłopców z Chełmży, którzy w skupieniu przyglądali się bramie budynku. Górowała nad nią wieża strażnicza. Areszt, zwany okrąglakiem, okolony był wysokim murem zwieńczonym drutem kolczastym.

Szkolny autobus minął samochód chełmżan i zatrzymał się kawałek dalej, przy Planetarium. Z pojazdu wylał się głośny tłum dzieciaków, które ruszyły na siku, a potem na kosmiczne seanse tak entuzjastycznie jak nigdy dotąd w historii swojej edukacji.

W międzyczasie do auta przykleił się strażnik miejski. Starszy brzuchaty mężczyzna zza tylnego zderzaka spisywał dane z tablicy rejestracyjnej. Przez zaciemnione szyby funkcjonariusz nie zauważył, że pasażerowie są na miejscu. Za kierownicą siedział Atlas, dwudziestoczterolatek atletycznie zbudowany i łysy, ubrany w markowe krótkie spodenki i bluzkę w kolorze khaki. Wychylił głowę z wozu i krzyknął w stronę stróża prawa:

– Te, strażnik Teksasu!!! Weź se ten kwitek wsadź… – I zarzucił funkcjonariusza tak soczystą łaciną, że urzędnikowi oczy wyskoczyły z orbit. – Zwijaj się, dziadku – dopowiedział, gdy spostrzegł, że starszy pan nadal tam stoi – bo stracę cierpliwość i nie będę już taki kulturalny!

Strażnik dostrzegł w jego oczach szczerą nieustępliwość. Zbladł i odszedł. Po co narażać zdrowie za tak marne pieniądze, w dodatku tuż przed emeryturą. Łatwiej było wlepiać mandaty Januszom i Iwonkom, którzy porzucają auta w różnych dziwnych miejscach (na trawnikach i przy śmietnikach), oraz starym kwiaciarkom, ograbiającym skarb państwa na grube miliony w handlu na lewo bukiecikami tulipanów.

Wrota aresztu – nie furtka, tylko duża brama – otwarły się i wyjechała więźniarka. Zaraz za nią wyszedł okapturzony człowiek, za którym z hukiem zatrzasnął się właz. Szedł pochylony, powłócząc nogą i trzymając ręce w kieszeniach spodni, złamany wpół jak trzcina na wietrze. Chełmżanie przycisnęli nosy do przedniej szyby i zaniemówili. Nie takiego widoku się spodziewali.

– O cholera! To Polisa! – krzyknął Atlas. – Poznaję jego bluzę Bullsów…

Wszyscy trzej przytaknęli głowami i zamarli w bezruchu.

Na fotelu pasażera, obok Atlasa, siedział Dzikus, czyli Andrzej Wybranowski, szczupły i niski dwudziestotrzylatek. Miał na sobie krótkie spodenki i bluzkę w biało-czerwonych barwach, z wielką literą „P” z kotwicą. Na tylnej kanapie wiercił się rok starszy blondyn, Patryk Walicki, zwany Mentosem. Nosił koszulę w kratę, przewiewne spodnie garniturowe i marynarkę w takim samym stylu. Z kieszonki na piersi wystawał róg chusteczki. Gdy Atlas i Dzikus spoglądali na cień człowieka, który podążał w ich stronę, Mentos zerkał w środkowe lusterko kierowcy, jednocześnie zaczesując grzebieniem grzywkę.

Zakapturzony ludzki wrak zbliżył się do szyby kierowcy. Można było policzyć zmarszczki na jego twarzy.

– Chłopoki, mota fojki? – zapytał.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. To nie był Polisa.

– Polisa zara przyleci – ciągnął człowiek-widmo po tym, jak otrzymał papierosy. I zwrócił się do Dzikusa: – Bo wy czekota na nigo, ni?

Dzikus przytaknął. Rozpoznał w nieznajomym innego chełmżyńskiego asa, Klepsydrę. Myślał, że chłopak już wącha kwiatki od spodu, przynajmniej taka fama poszła na mieście. Najwyraźniej był z tych, których zabijesz, a oni i tak uciekną, pomyślał Dzikus.

Chłopcy ponownie zawiesili wzrok na klamce więziennej furty. Trwali w niemym oczekiwaniu. Mentos wyciągnął rękę w stronę radia i wcisnął czarny guzik. W aucie zakrólował nieśmiertelny Elvis, a chłopak bujał się w rytm muzyki. Nagle rozległo się pukanie w boczną szybę wozu. Rzucili wzrokiem na prawo, a tam…

– Polisa! – krzyknął Dzikus i wyskoczył z auta.

Czarek Parys był szczupłym, wysokim brunetem o sportowej sylwetce. Licznik jego życia wskazywał dwudziesty piąty rok. Teraz stał przy aucie w niemodnym dresie, z reklamówką w biedronki w ręce. Koledzy wykonali wokół niego taniec hulaniec, śpiewając: „Tak się bawią, tak się bawią, chełm-ża-nie!”.

Dzikus ucałował kumpla trzykrotnie w policzki. Zrobiło mu się mokro pod oczami, co nie zdarzało się często. Ostatni raz płakał, gdy Legia Chełmża zanotowała spadek do okręgowej ligi. Mentos i Atlas podali Polisie dłonie i przyciągnęli go do siebie, ale bez całowania. Nie było też przybijania piątek na szczęście.

– Tera idziem na miasto coś wciungnąć – powiedział Dzikus – a potem w stolicy urządzimy ci grilla. Będą laseczki i paróweczki… – Uśmiechnął się do Polisy.

– Cieszę się, że was widzę, chłopaki – powiedział Czarek Parys – ale wolę już wracać do Chełmży… Kupiłem banany, więc z głodu nie padnę… A z dziewczynami i grillem… może dajmy sobie dziś spokój…

Dzikus spojrzał w jego stronę jak pchła na łysego psa.

– Te, Polisa! Jaja se robisz?

– Nie. Mówię całkiem serio. Chcesz banana? – Chłopak wyciągnął z reklamówki dwa podłużne owoce.

Dzikus przyglądał mu się uważnie, do końca nie rozumiejąc, co się dzieje. Po chwili zreflektował się. Z Polisy zawsze był niezły dowcipas, więc pewnie i tym razem żartuje. Klepnął go więc w ramię i zaśmiał się.

– Polisa, nie żartuj – powiedział Mentos – nie po to do ciebie tutaj grzaliśmy, żebyś teraz wystawił nas do wiatru.

– Nie chcę wcinać fast foodów – powiedział Czarek, zabierając się za banana.

– Ale my nie chcemy iść na kebaby czy na frytki do maka – powiedział Mentos – tylko do porządnej restauracji. Coś pożywnego tam znajdziesz…

– OK – odrzekł chłopak, wyrzucając skórkę do śmietnika.

Dzikus poprosił jeszcze Atlasa o otwarcie bagażnika, w którym oprócz tradycyjnego osprzętu – gaśnicy, lewarka i trójkąta – znajdowały się cztery kije bejsbolowe, dwa duże wieńce pogrzebowe z trójkolorową wstążką oraz zwinięty zielony szalik z dużą czarną literą „L”. Dzikus przewiesił sobie szarfę przez szyję i ruszył z podniesioną głową w stronę miasta.

– Na pewno wiesz, co robisz? – krzyknął za nim przerażony Mentos. – Przecież taka manifestacja to jak włożenie gołej ręki do gniazda szerszeni… Chcesz ściągnąć na nas Elanę?

Dzikus machnął ręką, puścił mu oczko i powiedział:

– Nie będzie jakiś Toruniak pluł w twarz chełmżyńskim panom!

Mentos ukrył twarz w dłoniach. Całe życie z wariatami!

Ruszyli na miasto. Mimo gorącego czerwcowego dnia powiewał lekki wiatr. Słychać było śpiew ptaków. Gdy przechodzili obok gotyckiego Kościoła Mariackiego, dzwony zabiły na Anioł Pański i rozległ się hejnał z wieży ratusza. Polisa przystanął i przeżegnał się.

– Chciałbym tam na chwilę przykucnąć… – powiedział Czarek i wskazał ręką budynek. – W tym kościele przed wojną wikarym był chełmżyniok z krwi i kości, błogosławiony ksiądz Frelichowski, który oddał życie w niemieckim obozie. Do końca służył chorym na tyfus…

Chełmżanie spojrzeli po sobie z niedowierzaniem.

– Mam do tego gmachu szczególny sentyment – mówił – bo codziennie na niego patrzyłem z okna celi. Zastanawiałem się, czy jest tam tak pięknie jak w naszej katedrze. Teraz mogę się przekonać na własne oczy. Idziecie? – Rzucił im pytające spojrzenie.

– Oczywiście, wejdziemy – powiedział Mentos i puścił oczko do chłopaków, tak aby Polisa tego nie widział.

Chwilę później wszyscy znaleźli się w świątyni. Po kościele kręciła się grupka gimnazjalistów z przewodnikiem. Czarek modlił się w ławce. Obok niego siedzieli Atlas i Dzikus, ale ich myśli krążyły wokół bardziej przyziemnych wątków niż Sąd Ostateczny i Życie Wieczne.

Mentos przechadzał się po gmachu. Podziwiał dzieła sztuki i przeliczał ich wartość na złotówki. Zerknął ukradkiem na kamerki i system alarmowy, które wydawały się nie do ominięcia, tym bardziej biorąc pod uwagę położenie kościoła w samym centrum miasta, gdzie każda ulica jest monitorowana – i to z niejednej kamery. Zrobiło mu się smutno; zrezygnowany pokręcił głową. W głośnikach zabrzmiał głos kościelnego, który poinformował zebranych o wieczornej mszy świętej. Mentosa nagle olśniło i wrócił mu dobry humor. Zauważył w nawie bocznej cztery siostry zakonne i wpadł na pewien pomysł. Mógłby pójść do zakrystii i obezwładnić kościelnego. Potem przywołać przez głośniki te siostrzyczki, też obezwładnić, ale kulturalnie, bez bicia po twarzy, i w ich przebraniu uciec z chłopakami z jakimś Rembrandtem pod pazuchą czy kilkoma innymi cennymi przedmiotami. W końcu ich wóz nie był daleko… Potem spojrzał na rozmodlonego Czarka. Doszedł do wniosku, że hollywoodzki scenariusz dziś nie przejdzie. Zrezygnowany, machnął ręką.

Następnie chłopcy przedostali się ulicą Najświętszej Maryi Panny na Rynek Staromiejski. W samym centrum znajdował się Ratusz z wieżyczką zegarową. Między nim a kościołem jezuitów stał pomnik Flisaka grającego na skrzypcach, otoczonego przez wianuszek złotych żab, z których tryskała woda. Wokół niego dzieciaki karmiły popcornem gołębie przemykające pomiędzy nogami rozpędzonych turystów i zagonionych torunian. Dało się słyszeć szwargolenie – liczne grupki z Zachodu przelatywały przez Rynek, robiąc zdjęcia i rozglądając się wokół. W tle prężył się Dwór Artusa, z wieżyczkami i ogromnymi okiennicami, u podstawy których znajdowały się balkony. Jeszcze dalej stał pomnik Kopernika.

Polisa poszedł kilkanaście metrów do przodu i wyjął z reklamówki nadgryzioną bułkę, którą zaczął karmić gołębie. Po chwili rozległ się głośny trzepot skrzydeł i z kamienic zleciało się sporych rozmiarów stadko, które obsiadło bruk wokół Czarka.

Dzikus kręcił z niedowierzaniem głową. Zastanawiał się, gdzie się podział ten Polisa, którego znał przed sześciu laty. Gdzie jest ten żelazny twardziel, z którym spotkanie w ringu czy na ulicy mogło zakończyć się wycieczką na oddział chirurgii szczękowej w Toruniu? Gdzie jest gościu, z którym chodził na dziewczyny i z którym popijał Chełmżynioki? Chociaż Mentos go zapewniał, że Czarek nie robił w pace za cwela, to może jednak się myli i ciotki dopadły go pod prysznicem? Bo jak inaczej to wyjaśnić, że najpierw banany, potem kościół, a teraz gołąbki… Tak nisko upadł, że nie tylko grillem gardzi, ale także laskami z pierwszej ligi. Albo głupiec, albo ciota…

Dzikus potrząsnął głową jak kot chory na wściekliznę po wypiciu wody. Mentos położył mu rękę na ramieniu.

– Nie przejmuj się, z niego jeszcze będą ludzie – powiedział. – Nie wiadomo, co byłoby z nami, gdybyśmy odsiedzieli tyle lat w ciasnej celi, bez panienek, za to ze spoconymi facetami i nadgorliwymi klawiszami, którzy nawet palec ci w tyłek wsadzą, byle sprawdzić, czy nie przemycasz prochów… Zobaczysz, że pobędzie wśród normalnych ludzi, zasmakuje szminki i wróci do życia.

– Oby… – wymamrotał Dzikus.

– Te, Mentos – rzucił Atlas – a może trzeba nasłać na niego jakichś fagasów, żeby mu wpieprzyli, to może Polisa sobie przypomni, że kiedyś był mistrzem ringu, a nie treserem gołębi?

Mentos pokręcił głową, a potem rzucił spojrzenie w kierunku Czarka, który właśnie się odwrócił, zadowolony od ucha do ucha, i zaczął ich pozdrawiać, machając prawą ręką. Z lewej jadły mu gołębie. Patryk odwzajemnił pozdrowienie i wymownie spojrzał na kolegów.

Po nakarmieniu gołąbków, kupieniu pierników i zrobieniu Czarkowi zdjęcia pod pomnikiem Mikołaja Kopernika poszli do restauracji Fantom, gdzie serwowano naleśniki. Po drodze Mentos zaniepokoił się grupką młodych mężczyzn ubranych w dresy, którzy mierzyli ich groźnymi spojrzeniami. Wskazał watahę Atlasowi, który przytaknął ruchem głowy. Zbliżają się kłopoty. Nie udało się przekonać Dzikusa, żeby ten ściągnął szalik…

 

3

Zanim wkroczyli do Fantoma Mentos przejrzał się w szklanych drzwiach niczym w lustrze, poprawił grzebieniem grzywkę i otworzył kompanom wejście na oścież. Wewnątrz gnieździły się tłumy młodych ludzi. Stoliki stały jeden przy drugim, oddzielone wysokimi oparciami. Na ich ściankach wymalowano sceny z „Upiora w operze”.

Kubki smakowe chełmżan zawyły z radości za sprawą zapachu parujących dań, które czuć było jeszcze przed wejściem do restauracji.

– Hej dziewczyny, w górę kiece, przyjechali z Chełmży szpece! – wykrzyknął Dzikus na cały lokal.

Wszystkie spojrzenia zatrzymały się na jego twarzy. Każdy ma w życiu swoje pięć minut, a Dzikus miał je właśnie w tym momencie. Posłał szeroki uśmiech i garść całusów wszystkim kobietom. Kelnerki rozdziawiły szeroko usta, spodziewając się najgorszego. Mentos pochylił się nad kolegą.

– Zwariowałeś!? – zapytał. – Tak to możesz zarywać kozy na łące pod Chełmżą, a nie takie panny. Ucz się od mistrza podrywu…

Zaczesał ręką grzywkę, podniósł kołnierz koszuli i ruszył w kierunku baru. Wszyscy trzej uważnie go obserwowali, kiedy podszedł jak gdyby nigdy nic do kelnerek, odwrócił się na chwilę w stronę chełmżan, wskazując na nich kciukiem, a potem coś opowiadał dziewczynom. Po chwili wszystkie wybuchły gromkim śmiechem. Tłum gapiów przestał nerwowo spoglądać w stronę nowych gości, wracając do swoich talerzy. W lokalu ponownie rozległ się lekki szmer rozmów.

Po kilku minutach Mentos wrócił do kolegów.

– Dzikus, nie dziękuj, że ci uratowałem dupę – powiedział. – Sprawa jest taka, że mam duże szanse na wyrwanie tej ładnej brunetki. Nie patrzcie w jej stronę… Gramy jak zawsze. Ja jestem prezesem, a wy moimi gorylami. Wiecie, co macie mówić…

Wszyscy, oprócz Czarka, przytaknęli głowami.

– Oczywiście, panie prezesie – odrzekł Atlas.

– Dzikus, ty się za dużo nie odzywaj – ciągnął Mentos – to może też coś ci skapnie… Teraz idziemy do przodu. Mamy miejsce przy barze… – Wskazał palcem stolik na samym końcu lokalu, z którego właśnie zbierali się studenci. Kelnerka podeszła go uprzątnąć.

Gdy zasiedlili, Dzikus powiedział:

– Te, Menti, jak to zrobiłeś, że te laski jadły ci z ręki?

– No jak to jak? Opowiedziałem im o tobie…

– O mnie?! A co gadołeś? Którą historię z mojego burzliwego życia? Jak wybiłem gołu ręką szybę w furze frajera, który myśloł, że jak się zamknął w wozie, to mu nic nie grozi? Czy jak leciałem z bejsbolem na komendę przetrzepać psom tyłki?

– Nic z tych rzeczy – odrzekł Mentos. – Opowiedziałem im, że lubisz być w centrum uwagi, bo miałeś trudne dzieciństwo… Powiedziałem, że gdy byłeś małym chłopcem, rodzice przywiązywali ci do szyi wiejskie kiełbasy, by przynajmniej psy chciały się z tobą bawić.

Wszyscy wybuchli śmiechem, tylko Dzikus zacisnął pięści pod stołem, zapowietrzając się do riposty. Nie zdążył nic wystrzelić, bo właśnie kelnerka, ta piękna brunetka, która wpadła Mentosowi w oko, przyniosła kartę dań i zapytała, czy chcą coś do picia. Dwa razy piwo i dwa razy zimna cola. Koniecznie z lodem. Chwilę później złożyli zamówienie na naleśniki. Atlas przy kelnerce zwracał się do Mentosa „panie prezesie”.

– Jak było w pierdlu? –zapytał Mentos Czarka i wymownie spojrzał na resztę kumpli.

Polisa pociągnął colę ze słomki. Rozległo się siorpnięcie.

– Było OK – odrzekł w końcu. – Dużo czytałem klasyków… Shakespeare, „być albo nie być, oto jest pytanie”… i tym podobne. Graliśmy też w szachy. Mam nawet w reklamówce puchar mistrza jesieni. Jeśli chcecie, mogę wam pokazać…

Pokręcili głowami.

– To było sześć lat nudy i monotonii – ciągnął Czarek. – Nie mówmy o tym. Mnie bardziej interesuje, jak się ma moja mała Marilyn Monroe?

Chełmżanie popatrzyli po sobie; na ich twarzach pojawiło się zdziwienie.

– Jeszcze o nij pamiętosz? – Dzikus zdziwił się.

– Tak, czasem o niej myślałem… A co, coś jest nie tak?

Ponownie spojrzeli po sobie.

– Jest git – odrzekł Mentos – nie ma powodu do zmartwień, ale się trochę zmieniła… Jest taka, taka… Sam zresztą zobaczysz…

– Polisa, jesteśma z ciebie dumni! – wtrącił Dzikus.

– Przez sześć lat siedziałeś w pierdlu i nie wkopałeś nikogo… – ciągnął Mentos. – Godne podziwu, tym bardziej w naszych czasach. Ludzie przyparci do muru to nawet matkę sprzedadzą, a co tu dopiero mówić o kumplach…

Dzikus klepnął Polisę w ramię i posłał mu szeroki uśmiech.

– Nic wielkiego nie zrobiłem – stwierdził Czarek i rozłożył ręce.

W oczach Atlasa pojawił się szczery podziw.

– Mam coś dla ciebie – powiedział Mentos i wyjął z kieszeni marynarki dwie białe koperty, które położył przed Polisą. Pierwsza była wypchana po brzegi, a druga wybrzuszona z dwóch stron, jakby znajdowała się w niej kula o średnicy pięciu centymetrów.

Parys przyglądał się im przez chwilę.

– Co to jest? – zapytał w końcu.

– Białe koperty – odrzekł Mentos.

– Acha… Bo myślałem, że dwa czarne słonie.

– Widzisz, Czarek, jak pozory mylą… – odparł kolega. – Otwórz, a się przekonasz.

– No łotwórz! – zachęcał Dzikus.

Parys otworzył pierwszą, z której wyjął gruby plik banknotów z Zygmuntem I Starym. Przeliczył je natychmiast. Było w niej trzydzieści tysięcy złotych. Spojrzał zdziwionym wzrokiem w stronę Mentosa, który odrzekł:

– To podziękowanie od chłopaków za trzymanie języka za zębami…

Czarek przekręcił głowę w lewo i prawo, a następnie wsadził pieniądze z powrotem do koperty i odepchnął je w stronę Mentosa. Ten odsunął je ponownie.

Parys rozerwał drugą kopertę. Z jej wnętrza wypadła brązowa bila z siódemką na białym tle, która ciężko upadła na stół, a potem przeturlała się przez blat stołu i z tępym trzaskiem zleciała na podłogę. Dzikus schylił się pod stolik, wyciągnął kulę i podał ją Czarkowi. Na twarzy Polisy zamajaczył grymas niezadowolenia.

– A ta od Don Papy? – zapytał.

– Tak, z pozdrowieniami od Don Papy – odrzekł Mentos.

– Rada Siedmiu?

Mentos przytaknął.

– Jasna cholera – rzucił Parys i pogrążył się w myślach.

Wcześniej wiele słyszał o spotkaniach Rady Siedmiu. Podobno w czasie obrad ustalano, co dobrego można zrobić dla miasta, jak wpłynąć na ratusz, aby ten zadziałał w sprawie remontu osiedlowego chodnika albo jak zdobyć środki na dofinansowanie kulawego chełmżyńskiego sportu. Jednak ludzie na mieście mówili, że waży się wówczas wartość ludzkiego życia – decyduje się, kto dla dobra wspólnoty powinien zejść z tego świata. Do dzisiaj Czarek myślał, że Rada Siedmiu istnieje jedynie w wyobraźni mieszkańców. Teraz jednak zwątpił. Zasmucony, zastanawiał się, czy Don Papa nie szuka sobie cyngla do brudnej roboty.

Ku uciesze Dzikusa z głośników szedł Shakin’ Stevens – nogi chłopaka samowolnie podrygiwały pod stołem.

– Uwielbiom Shaky’ego – powiedział Dzikus. – Bierzmy laski i na parkiet…

Czarek spojrzał w jego stronę i pokręcił głową. Przeprosił kolegów i wyszedł do toalety.

Dzikus wstał od stolika, ale Mentos go zatrzymał, opierając dłoń o ramię kumpla.

– Trzeba to zrobić z klasą – powiedział – bez żadnych „w górę kiece”. – Spojrzał na Atlasa i dodał: – Pójdź do kierownika lokalu i powiedz, że prezes pyta, czy można na jeden kawałek porwać kelnerki do tańca. Sądzę, że dziewczyny chętnie się wyrwą na chwilkę…

Atlas podszedł do baru, zaczekał chwilę na kierownika, a gdy ten się zjawił, powtórzył mu słowa Mentosa. Mężczyzna pokręcił głową… Chłopak spojrzał w stronę stolika i rozłożył bezradnie ręce. Dzikus zerwał się na równe nogi.

– Tera zrobim po mojemu – powiedział i podleciał do kelnerki, która wracała z przeładowaną tacą do baru. Opróżnił jej ręce, odstawiając naczynia za blat, i wziął dziewczynę w obroty. Próbowała się bronić – wyrwała się z objęć i ruszyła w stronę baru – ale Dzikus nie odpuścił. Podleciał do niej i chwycił jej dłoń. Następnie zakręcił ją wokół jej osi, tak że dziewczyna, chcąc nie chcąc, wywijała piruety na parkiecie.

Mentos złapał się za głowę – to była ta sama kelnerka, która wpadła mu w oko i nad którą pracował od samego przyjścia do restauracji. Dzikus posłał mu mściwy uśmiech.

Atlas stał nadal przy barze i klaskał w rytm, dopingując kolegę do kolejnych wywijasów.

– Moły, bo moły, ale woriot – krzyknął Dzikus w stronę Mentosa, obracając kelnerkę w wąskim przejściu między stolikami.

Nagle drzwi lokalu otwarły się z impetem i do środka wleciało kilkunastu dobrze zbudowanych mężczyzn z naciągniętymi na twarze żółto-niebieskimi kominiarkami.

– Tam są – krzyknął jeden z nich, wskazując stolik chełmżan. Ruszył do natarcia.

Ludzie pochowali się pod stołami albo przykleili się do ścian, byle nie oberwać. Dzikus wziął dziewczynę pod rękę i szybkim krokiem odprowadził ją w bezpieczne miejsce. Po chwili cała trójka stanęła pod barem, w taki sposób, aby nikt nie mógł zajść ich od tyłu. Do nich prowadziły dwa wąskie przejścia między stolikami, którymi pojedynczo ruszyli napastnicy. Dwóch z nich wbiegło do toalety, czym bardzo zmartwił się Dzikus – w pamięci miał dzisiejsze wyczyny Czarka z gołębiami.

Na pierwszy ogień poszedł Dzikus, który tym razem zatańczył po boksersku. Przybrał pozę pięściarską, z prawą nogą i ręką wysuniętą do przodu. Dwumetrowy mężczyzna ruszył na niego z całym impetem, wymachując rękoma, z wysuniętą głową i okrzykiem na ustach. Chełmżanin odchylił się przed jego prawym ciosem bitym z góry, a następnie wyprowadził szybki lewy prosty, tak że szczęka napastnika gruchnęła i ponad sto kilo rozłożyło się bezwładnie na posadce.

– Był chłop, ni ma chłopa – skwitował Dzikus i spojrzał w kierunku pozostałych napastników. Wskazał ręką na zegarek, dając im do zrozumienia, że nie ma zamiaru siedzieć tu do wieczora.

Tamci ruszyli z jeszcze większą furią.

Drugie przejście blokował Atlas, który, podobnie jak Mentos, był praworęczny i walczył w pozycji odwrotnej do pięściarskiej Dzikusa. Grzmocił na oślep, byle mocniej i więcej. Jeśli trafił, przeciwnik padał, a gdy nie trafiał, walił tak długo i mocno, że w końcu i tak jego ciosy doszły celu, przedzierając się przez gardę – a nie było gardy, która by to wszystko wytrzymała.

Tymczasem wściekli jak osy torunianie wskoczyli na stoliki i zaczęli przedzierać się przez oparcia siedzeń. Gdy znaleźli się na wysokości Dzikusa, który kłuł swym prawym prostym następnego napastnika, dwóch z nich zeskoczyło na niego z góry. Przygnietli chłopaka do podłogi, a ten szamotał się i wił, sycząc, że i tak ich pozabija. Zerwali mu z szyi szal, w którym cały czas walczył. Rozległ się ryk zwycięstwa.

Mentos zrzucił z siebie marynarkę i podał ją przerażonej kelnerce, szepcząc jej do ucha, że zaraz wraca. Ruszył w stronę kłębowiska, pod którym spoczywał – niczym ziemniak w kopcu – Dzikus. Pierwszy napastnik trzymał gardę bardzo wysoko, tak że ciosy Mentosa głaskały go tylko po pięściach. Chełmżanin bił go lewymi prostymi w brzuch, tak że tamten zaczął opuszczać gardę coraz niżej. Gdy tylko Mentos spostrzegł błysk odsłoniętej szczęki, huknął z całej siły prawym sierpem bitym z góry. Nogi ugięły się pod torunianinem, jakby były z waty, ale nim jego ciało dotknęło podłogi, złapał jeszcze lewego i prawego prostego – tak na wszelki wypadek, aby nie przyszło mu do głowy powstać.

Don Papa byłby dumny z tego cholernego technika, pomyślał Dzikus, spoglądając na Mentosa, po czym zbladł zupełnie, osłabiony niedawnym duszeniem. Teraz spoglądał na świat z prawym policzkiem dociśniętym do podłogi. Widział wszystko w poziomie, nadal zachwycając się techniką walki kumpla. Nagle jego wzrok przykuły drzwi toalety. Zauważył w nich Parysa. Potrząsał dziwacznie nogami, do których przyklejeni byli zamroczeni torunianie. Czarek szedł ciężko, jakby ciągnął za sobą masywne ołowiane kule, a tamci nadal, półświadomi, trzymali się jego nóg. Dzikus uśmiechnął się od ucha do ucha na myśl, że powrócił stary dobry Polisa.

Chwilę później stracił przytomność…

 

4

Sędziwa kobieta, odziana skromnie, lecz bardzo elegancko, klęczała przy ławce w gotyckiej katedrze w Chełmży, wpatrzona w obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, umiejscowiony na tej samej kolumnie, na której znajdowała się zabytkowa ambona.

– Matko Boska, miej miłosierdzie dla Michała – szeptała, mając złożone dłonie i zamknięte oczy. – Jeśli jest w czyśćcu i potrzebuje twojej pomocy, to ratuj go, proszę… Okaż miłosierdzie Czarkowi: niech rozpocznie nowe życie, z dala od ulicy i brudnych interesów. Ulituj się także nad tym… tym… – Imię mężczyzny ugrzęzło jej w gardle. – No wiesz, tym, który zostawił mnie i chłopców…

Łza spłynęła po jej policzku. Kobieta otworzyła oczy i wzięła do ręki pierwszy bukiecik stokrotek z leżących tuż obok na ławce. Podeszła do ołtarza Matki Boskiej, wyjęła z wazonu uschnięte patyki i wsadziła świeże kwiaty. Uczyniła znak krzyża, przyklęknęła, wzięła z ławki drugi bukiet i ten wyschnięty, po czym ruszyła lewą nawą ku wyjściu. Nie przeszła obojętnie obok figury Chrystusa, lecz ucałowała jego przebite stopy. Czuła, że on, rozpostarty na krzyżu, cierpiącym wzrokiem spogląda w jej stronę. Podeszła do starszych kobiet i wymieniła się z nimi obrazkami z tajemnicami różańcowymi. Dłuższą chwilę rozmawiały.

Następnie Marianna Wende (po rozstaniu z mężem wróciła do panieńskiego nazwiska) pokonała schody i wyszła ze świątyni. Wrzuciła do śmietnika wyschnięte kwiaty. Było ciepło, wiał przyjemny wiatr. Ptaki wesoło ćwierkały, a z oddali niosło się ujadanie psów. Starsza pani ruszyła Tumską w kierunku cmentarza, po drodze mijając kamienicę jeszcze do niedawna zamieszkałą przez siostry Elżbietanki, a teraz popadającą w ruinę.

W końcu dotarła do skrzyżowania Mickiewicza z Chełmińską. Po lewej, patrząc od strony katedry, znajdował się stary, a po prawej nowy cmentarz. Syn Marianny leżał na tym pierwszym, alejkę dalej od grobowca rodziny Zawiszy Czarnego. Tam też zamierzała spocząć Marianna, kiedy „jej świczka zgaśnie”, jak się sama wyrażała o tajemnicy śmierci.

Zdziwiła się bardzo, gdy na nagrobku znalazła wielki zielony wieniec z trójkolorową wstążką. Zerknęła na tablicę, która od lat pozostawała taka sama.

 

Michał Parys

*12.07.1985, 18.06.2010

Tylko Bóg ma prawo go osądzić!

 

Boże, czemu w tak młodym wieku go zabrałeś, pomyślała i ponownie zrobiło jej się mokro pod oczami. Wzrok powędrował na napis „Tylko Bóg…”, zamówiony bez jej zgody i nie za jej pieniądze, a potem na wieniec. Niech ten cały Mielizna i jego ludzie się odczepią – zaklęła w duchu, po czym wzięła pod pachę ogromny bukiet oraz pustą butelkę po wodzie, którą zawsze chowała za nagrobkiem, i poszła w kierunku śmietnika. Tam pozbyła się wieńca i napełniła pojemnik. Gdy wróciła, nalała świeżej wody do wazonu, wsadziła bukiecik stokrotek i grabkami użyźniała glebę wokół nagrobka. Po dłuższej medytacji ruszyła w stronę kamienicy, ale nie szła przez rynek miejski i Chełmińską, lecz naokoło. Jak pies z podkulonym ogonkiem, z dala od ludzkich oczu.

Marianna Wende wracała do skromnego mieszkanka na pierwszym piętrze w zapuszczonej kamienicy. Myślami ciągle była przy swoich synach. Gdy weszła w ciemny zaułek, poczuła paraliżujący lęk. Nogi ugięły się pod nią jakby były z waty, a oddech zrobił się ciężki i szybki. Zdążyło się zrobić już szarawo, a na ulicy stali zakapturzeni chłopcy popijający piwo i popalający jakieś zielsko, bujając się jak Murzyni z Harlemu w rytm muzyki, która szła ze smartfona. Marianna wiedziała, jak działają narkotyki w połączeniu z alkoholem. Chociaż bała się tych zakapturzonych mężczyzn, w głębi duszy im współczuła, bo stanął jej przed oczyma obraz ich matek, które – podobnie jak ona przed laty – teraz toną w morzu łez albo zapijają smutki sikaczami…

Przemknęła obok młodych mężczyzn jak pociąg widmo przez mgłę. Po chwili znalazła się na klatce schodowej i odetchnęła z ulgą. Włączyła światło.

Ciemność.

Pomyślała, że to niemożliwe, by w całym pionie przepaliły się żarówki. Ktoś musiał je ukraść… Zaczęła ostrożnie wspinać się po ciemnych schodach, prawą dłonią szukając drewnianej poręczy, a lewą trzymając reklamówkę z grabkami. Będąc w połowie drogi na pierwsze piętro, gdzie znajdowało się jej mieszkanie, potknęła się o schodek. Grabki wyleciały jej z ręki, skacząc o kilka stopni niżej.

Drzwi na piętrze uchyliły się, a na korytarzu zajaśniał żółty prostokąt światła. Jakiś brodaty mężczyzna wyszedł z mieszkania numer cztery, a za nim półnaga i nie tak już młoda kobieta, której przeoraną przez zmarszczki i hektolitry wódki twarz zakrywała gruba tapeta makijażu.

– Ooo, pani Marianna – krzyknęła. – Pomogę pani…

Zeszła po grabki, a jej klient pomógł starszej kobiecie wdrapać się na piętro.

 

5

Chwilę później Marianna już była w swoim mieszkaniu. Gdy zatrzasnęła za sobą drzwi i przekręciła zamek, odetchnęła z ulgą. Wtedy zapaliła światło i krzyknęła, składając dłonie do modlitwy:

– Chryste Panie!

Na sprężynowym fotelu, pamiętającym czasy króla Ćwieczka, siedział Cezary Parys – Marianna poznała go, mimo iż jego twarz zakrywały czarne szyby – który momentalnie podniósł się z miejsca i podleciał do matki.

– Miałeś wrócić jutro – powiedziała wzruszona.

Przytulił się do niej tak czule, tak troskliwie.

– Jeśli tak bardzo chcesz – odrzekł – to wpadnę jutro…

Matka uściskała go z całych sił.

– Nie puszczę cię… – odparła przez łzy. – Tylko ty mi pozostałeś.

Przycisnął matkę do piersi.

– Klucz wziąłeś od sąsiadki?

– Tak… Przecież się nie włamałem.

Marianna rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie.

– Dlaczego siedziałeś w ciemnym pokoju w okularach przeciwsłonecznych? – zapytała.

– Mamo, czy mogę wciągnąć ten bigos z lodówki? Jestem tak głodny, że zjadłbym konia z kopytami…

Marianna zignorowała wymijające pytanie syna i zamaszystym ruchem ręki zmiotła okulary z jego twarzy. Siniec pod okiem. Wielki jak cytryna.

– Wyszedłem z wprawy i nie zdążyłem zrobić uniku – tłumaczył się Czarek – ale ciężko się robi uniki, będąc przy pisuarze… – Puścił jej oczko. – Obiecuję – ciągnął z niewinną miną harcerza – że następnym razem w porę się odchylę.

– Czarek, to nie jest śmieszne, znowu wpakujesz się w tarapaty…

Marianna ciężko przysiadła na kanapie i ukryła twarz w dłoniach. Czarek podniósł okulary z podłogi i zahaczył je o bluzkę, a następnie dosiadł się obok i ponownie czule przytulił matkę.

Pokój był średniej wielkości. Ścianę zdobiły niemodne różowe tapety, udekorowany wyschniętymi kwiatami obraz Matki Boskiej Częstochowskiej oraz podobizna Jezusa Miłosiernego z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. Pod oknem na szafce stał mały telewizor, który pamiętał wybór Lecha Wałęsy na prezydenta Rzeczypospolitej. Na środku pokoju, tuż obok rozkładanej kanapy, służącej także za łoże sypialne pani domu, znajdował się stolik przykryty białym koronkowym obrusem, a na nim szklanka ze srebrnym zdejmowanym uchwytem, gdzie suszyła się torebka po herbacie. Dalej była cukiernica (też srebrna) i wazon z żółtymi kwiatami. Obok stołu stały dwa fotele z czasów wspomnianego króla. Na kanapie leżały lalki, ale nie wyschnięte patyki, jakimi bawią się współczesne dziewczynki, lecz prawdziwe, okrągłe i masywne lale, z dużymi głowami, w sukienkach na modłę wiktoriańską. Zegar naścienny zatrzymał się na drugiej szesnaście i prosił o wymianę baterii, a lampa pod sufitem miała tylko jedną żarówkę, tym samym w pokoju panował półmrok. Czarek zastanawiał się, jak to robił, że jako dzieciak bujał się na żyrandolu tam i z powrotem.

– Synku, dlaczego siedziałeś po ciemku? – zapytała Marianna i chwyciła go za dłoń.

– Rozmyślałem, mamo. O starych czasach…

Zamknął oczy, wziął głęboki oddech i delektował się staroświeckim zapachem rodzinnego domu. Na jego ustach zamajaczył delikatny uśmiech, że nie musi już wdychać smrodu celi – zapachu zeschniętej spermy z koców pomieszanego z dymem papierosów.

Wspominał czasy, gdy drzwi wielkiego bokserskiego świata stały przed nim otworem. Rozmyślał o Chełmży tamtych lat. O dzieciństwie bez smartfonów i komputerów. I tych zimach, gdy w śniegu brodził po kolana, a jezioro zamarzało na szklankę. O pachtach na Frelicha. I o dniach, gdy gangi robiły w Chełmży, co chciały, rabując sklepy z chipsów i lodów, które potem rozdawały dzieciakom na ulicy. W tym czasie policja, zabarykadowana na komendzie, wyłączała telefon alarmowy, na wszelki wypadek, gdyby jakiś wzburzony właściciel sklepu chciał się upomnieć o pomoc.

Czarek zdawał sobie sprawę, że był o włos od wplątania się w gangsterskie gierki. Bo wtedy, gdy wspinał się po drabinie kariery pięściarskiej i miał posłuch na dyskotekach, właśnie wtedy dostał ofertę współpracy od niejakiego Mielizny, który przejął biznes po konkurencyjnych grupach przestępczych, kiedy ich bossowie trafili za kratki albo zginęli w zamachach. A wizja wyrwania się z biedy, w jaką rodzina Parysów popadła po odejściu ojca, kusiła bardziej niż reklama w telewizji. Mógł stać się sławny i dokonać tyle dla ludzkości, co inny chełmżyński gangster, który wdał się w strzelaninę w toruńskim sądzie. Kule świstały na korytarzu, strażnicy chowali się po toaletach, a sędziowie pod ławami sędziowskimi. Chełmżanin prysnął oknem, a od tego czasu w każdym polskim sądzie montuje się wykrywacze metalu…

I może dobrze – pomyślał Parys – że trafiłem za kratki, bo inaczej moje życie toczyłoby się po równi pochyłej i skończyłbym jak Elektron, który w wieku dwunastu lat stracił palec serdeczny i wskazujący lewej ręki za sprawą petardy domowej roboty odpalonej na sylwestra, a w wieku dojrzałym, znany jako Bomber, wyleciał w powietrze, tworząc ładunek niespodziankę dla pewnego mafijnego bossa.

Albo podzieliłbym los brata, pomyślał i poczuł ścisk żołądka. Chociaż upłynęło sporo czasu, nadal nosił w sercu cierń smutku.

Rozległo się pukanie do drzwi, wyrywając Czarka z zamyślenia. Matka spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Pokręcił głową. Nie miał pojęcia, kogo niesie.

Marianna zajrzała przez wizjer. Zakapturzony mężczyzna. Rzuciła złowrogim okiem w stronę syna, a ten rozłożył bezradnie ręce, bo faktycznie z nikim się nie umawiał. Otworzyła drzwi, bojowo nastawiona.

– Dobry, chciałem dwi bumbki… – powiedział nietrzeźwy mężczyzna.

– Pani Elwira mieszka pod dziewiątką – odrzekła Marianna.

– Ale tu je dziewiuntka – stwierdził facet i wskazał ręką na cyferkę na drzwiach.

Kobieta zerknęła we wskazane miejsce i pomogła wrócić szóstce na swoje miejsce.

– Teraz już nie jest – rzuciła i zatrzasnęła z hukiem drzwi.

Spojrzała na syna i wskazała kciukiem kuchnię.

– Herbatę proszę – odparł Czarek.

Gdy Marianna zniknęła za kuchennymi drzwiami, chłopak podszedł do oszklonych matową szybą drzwi swego pokoju. Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Oniemiał. Wszystko było po staremu, tak jakby czas stanął w miejscu sześć lat temu. Wszystko – oprócz porządku. W czasach, gdy bracia Parys okupowali pokój, zmagali się z notorycznym chaosem. Teraz było tu czysto i schludnie. Układ mebli pozostał ten sam. Pod oknem stało łóżko brata, a przy ścianie po prawej wersalka Czarka. Nad łóżkiem wisiały plakaty sławnych polskich piłkarzy i bokserów. Pod Muhammadem Alim widniał napis „Fruwaj jak motyl, kąsaj jak osa”. Na gwoździu przybitym do ściany, który kiedyś podtrzymywał jakiś świętobliwy obraz dobrego pasterza, przewieszone były czarne rękawice pięściarskie, ten sam model, w którym Kubańczycy zdobyli osiem złotych medali na olimpiadzie. Między Alim a Dudkiem znajdowała się duża niezagospodarowana przestrzeń. Tam niegdyś spoczywała rozpostarta na skórzanej kanapie roznegliżowana Doda. O ten plakat ciągle toczyły się batalie między matką a synami. Gdy zniknęli z domu, w końcu dopięła swego… Przy lewej ścianie stała wielka szafa na ubrania. Teraz właśnie tam Marianna przechowywała swoje ciuchy, uporządkowane i czyste. Z wnętrza cuchnęło jakimś środkiem na mole.

– Czarek, herbata! – matka krzyknęła z pokoju.

Cezary wrócił do stołu i rozsiadł się w fotelu, naprzeciwko matki, która już zajęła swoje wygodne miejsce. Na stole położyła kruche ciastka i landrynki z odpustu. Herbatę dostał w tej szklance ze srebrnym uchwytem. Była już posłodzona. Marianna piła z kubka, na którym znajdowało się przestawienie kobiety trzymającej przy piersi słońce.

– Tak w ogóle, to co u ciebie, mamo, słychać?

– A byłam na mszy i na cmentarzu – odrzekła po dłuższej chwili namysłu. – Ludzie tego całego Mielizny przywieźli wieniec na grób Michasia… Wywaliłam go w diabły!

Czarek zakrztusił się herbatą.

– Mamo, to był mój wieniec!

Marianna zaczerwieniła się.

– Nic, trudno – ciągnął chłopak. – Zawiozłem też Elektronowi. Mam nadzieję, że na jego grobie nie sprzątałaś…

Pokręciła głową.

– Czarek, czy mogę z tobą szczerze? – zapytała.

– Tak, proszę, mów…

Cisza.

– Mamo, maminko, mamusiu, czekam… – odrzekł zniecierpliwiony.

Marianna spojrzała synowi prosto w oczy i chwyciła go za dłoń. Czarek poczuł, że to nie przelewki.

– Czy będziesz pracował dla Don Papy – zapytała ze łzami w oczach – tak jak pracowałeś z bratem dla tego bandziora Mielizny?

Ponownie zakrztusił się herbatą.

– Mamo, proszę, nie żartuj, gdy piję. Nigdy nie pracowałem dla Mielizny…

– To nie żart… Niestety, to nie żart. Masz zaproszenie od Don Papy jutro na pierwszą. Na obiad. Wiesz, co ludzie o nim gadają. Wiesz, co o nim mówią w telewizji: faszysta, antyislamista i szantażysta… Mam złe przeczucia… – Pokręciła głową i wytarła ręką łzy.

– Obiecuję ci – powiedział Czarek – że jeśli zaproponuje mi, abym sprzątnął jakiegoś kolesia, to powiem mu, że najpierw skonsultuję sprawę z tobą. OK?

Marianna niezadowolona pokręciła głową.

– Proszę, nie żartuj… – odparła cicho.

Spojrzał na nią zatroskanym wzrokiem.

– Nie sądzę – powiedział Czarek – że Don Papa jest kryminalistą… Przecież tyle nam pomagał, tyle tobie pomógł… Nie, niemożliwe. W czasie mojej odsiadki został senatorem i… to dobry człowiek. Zawsze był dla mnie jak ojciec, godnie zastąpił… Wiesz, kogo…

Marianna przytaknęła potwierdzająco.

– Ciężko ci było tu samej? – zapytał i rozejrzał się po skromnym mieszkanku.

– Nie, nie było źle, dawałam sobie radę – odrzekła tonem smutnym i zmęczonym, siląc się na radosny uśmiech.

Czarek wiedział, że matka kłamie jak z nut. Bo co mu miała powiedzieć? Przecież też niósł na swych barkach ciężki krzyż cierpienia. Nie zamierzała mu mówić, jak było jej trudno, aby mu nie dokładać smutków. Ile wycierpiała, kiedy ludzie brali ją na języki. Jak było jej przykro, gdy, stojąc w mięsnym po kurczaka, słyszała rozmowy o własnym synu. Jak robiono z niego mordercę. Jak wydawało się jej, że jest ostatnią osobą na ziemi, która wierzy w jego niewinność. Czuła na sobie cierpkie spojrzenia ludzi, gdy spacerowała ulicami Chełmży, albo uszczypliwości kobiet siedzących na ławce na rynku, które mierzyły ją wzrokiem. Wiedziała, że o niej mówią, bo gdy patrzyła w ich stronę, wszystkie speszone nagle odwracały wzrok. A może miała mu powiedzieć o jego „przyjacielu” Cyprianie, który potrafił ukradkiem stanąć we wnęce drzwi wejściowych do kamienicy i przyglądać się z uśmiechem na ustach, jak Marianna człapie z dwiema dużymi torbami zakupów? Nie pomyślał o pomocy starszej pani, a przecież tak często bywał u nich w domu i to z nim dzieliła się swym całym sercem, traktując go jak trzeciego syna…

Etat sprzątaczki nie dawał Mariannie perspektyw na dostanie życie i ledwo co dociągnęła do emerytury. Był czas, że jadła tylko solone ziemniaki… Ale to nie był temat do rozmowy z synem, który przesiedział długie sześć i pół roku w celi za niewinność, bo jakiś uparty prokurator chciał dopiąć swego. Z synem, który stracił najlepsze lata swego życia. Gdy inni chłopcy szli na studia, robili kariery, poznawali fajne dziewczyny, a jej Czarek siedział z wytatuowanymi łysymi bandziorami w ciasnej celi. On miał swoje problemy na głowie, do których Marianna nie zamierzała nic dorzucać. I, co najgorsze, ten koszmar się nie skończył, bo teraz Czarkowi przyjdzie żyć w Chełmży z piętnem kryminalisty. I na nic zdadzą się wyjaśnienia, że jest niewinny. Ludzie i tak wiedzą swoje…

Spojrzała przejęta na fiolet pod jego okiem.

– Może chcesz lód pod oko? Albo przynajmniej przyłóż nóż… Czy musiałeś wdawać się w bójkę zaraz po wyjściu z więzienia? – Jej głos stał się znowu słodki i pełen współczucia.

Czarek opowiedział matce wszystko, od momentu spotkania pod aresztem przez obiad w restauracji aż po najazd Hunów, jak się wyraził, i trafienie na komisariat. Nim opuścili komendę, właściciel restauracji wycofał oskarżenie wobec nieznanych sprawców i sprawa została załatwiona polubownie. Ciekawe, że w czasie szturmu napastników wszystkie służby mundurowe oblegały oddalony od Fantoma o trzy kilometry bank, gdzie miał być podłożony ładunek wybuchowy, zgłoszony przez anonimowego rozmówcę…

Po godzinie rozmowa przeniosła się do kuchni. Czarek usiadł przy niewielkim stole i przeglądał gazetkę parafialną, a matka krzątała się przy zlewie, myjąc naczynia. Nagle kubek, ten z kobietą ze słońcem na piersi, wyleciał jej z rąk i roztrzaskał się na podłodze. Marianna złożyła ręce jak do modlitwy, wykrzyknęła „Chryste Panie” i ciężko usiadła przy stoliku, zasłaniając usta dłonią. Pod jej oczami znowu zrobiło się mokro.

Czarek oderwał się od gazetki.

– Mamo, kupię ci nowy kubek, nie płacz…

Podał jej białą chusteczkę. Otarła twarz i wydmuchała nos. Chłopak znowu odpłynął i matowym wzrokiem spoglądał w jakiś odległy punkt za oknem.

– Takiego mi już nie kupisz – powiedziała kobieta.

– Słucham? – zapytał chłopak, który już zapomniał o kubku.

– No mówię, że takiego kubka mi nie kupisz. On był wyjątkowy.

Czarek popatrzył na matkę i zastanawiał się, czy w epoce Internetu i rozwiniętych technologii jest możliwe, aby nie kupić czegoś podobnego, a nawet lepszego, i to bez konieczności wychodzenia z domu.

– Zobaczysz, że ci taki kupię. – Nie dawał za wygraną.

– Nie kupisz. Ten kubek dostałam od świętej pamięci proboszcza Chełmży, księdza infułata Groszkowskiego. On mi go dał, gdy… Zenek nas opuścił. Powiedział, że mam się za was modlić do błogosławionej Juty, która jest na kubku, a ona nam pomoże. A teraz ten kubek rozleciał się w drobny mak, tak jak ten słynny gliniany… Znasz legendę o kubku, który spadł z wieży katedry?

Czarek przytaknął. Jak mógł nie znać opowieści, którą słyszał tysiące razy, i to nie tylko z ust matki, ale także nauczycieli. Legenda głosiła, że gdy gliniany kubek spadnie z wieży chełmżyńskiej katedry, stanie się wielkie nieszczęście. Nie trzeba było czekać tysiąca lat, aby proroctwo się ziściło. Wkrótce po tym, gdy kubek zleciał z wieży, piorun trafił w katedrę i ta zapłonęła. A że był to czas ciemnego PRL-u i żył jeszcze towarzysz Stalin, akcja gaśnicza nie trwała trzech godzin, a trzy dni. Katedra spłonęła doszczętnie.

– Upadek tego kubka to zły znak – ciągnęła Marianna – to znak, że wpakujesz się w wielkie tarapaty.

– Mamo, proszę, co ma legenda z ubiegłego stulecia do roztrzaskanego kubka z Jutą?

– Ma więcej, niż ci się wydaje… Don Papa… – wyrzekła, spojrzawszy na syna przerażonym wzrokiem. – To jest ostrzeżenie od kochanej Juty, abyś nie wplątał się w kolejne szambo…

Czarek podszedł do matki. Mocno ją przytulił i pocałował w czoło.

– Proszę, nie idź jutro na ten obiad – powiedziała Marianna.

– Muszę pójść – wyszeptał jej na ucho Czarek – bo zbyt wiele zawdzięczam temu facetowi. Tylko on o nas pamiętał, gdy miałaś ciężko. Odwiedzał mnie w areszcie. Postarał się o dobrego prawnika. Zadbał o Marilyn Monroe. Mam wobec niego dług. Nie martw się, nie zrobię nic głupiego…

Matka nic nie odrzekła, tylko łzy spływały po jej policzkach. Czarek zaoferował, że posprząta w kuchni. Marianna wyszła do dużego pokoju na telenowelę. Syn przykucnął i zaczął zmiatać na szufelkę resztki kubka. Jak na złość, skaleczył się w palec serdeczny lewej dłoni, tak pechowo, że po chwili cała dłoń znalazła się we krwi. Wsadził rękę pod strumień wody z kranu, a potem ssał zraniony palec. Krwawienie w końcu ustało. Chłopak ucieszył się, że matka nic nie zauważy i nie będzie smęciła o klątwie kubka. Nie chciał już o tym słuchać. Pragnął odpoczynku po ciężkim, pełnym wrażeń dniu, tym bardziej że czekało go spotkanie z Don Papą…

 

PS. Uwaga! Wiosenna promocja! Do końca czerwca DOSTAWA GRATIS!!!